Gdzie jest Riedel?

Odkąd pamiętam było tak, że jak z zespołu odchodził wokalista to sugerowano, że zespół musi zakończyć działalność. Nawet jeśli on był tylko wokalistą i nie miał wpływu na to, co było tworzone i był tylko odtwórcą to i tak zespół miał się rozpaść. Bo przecież to niemożliwe, przecież on tam był zawsze (nawet jak tak nie było) i nawet nie można pomyśleć by było inaczej, że jak ktoś może kalać twórczość kogoś tak cudownego itp. I tak za każdym razem kiedy ktoś przestaje się z kimś lubić, jednak w niektórych zespołach przechodzi to bezboleśnie.

W Polsce to była przede wszystkim historia z Dżemem, gdy po śmierci Riedla zespół miał czelność zatrudnić nowego wokalistę. I teraz - już drugiego. Czytając czasem komentarze na forach, mam wrażenie, że fanatyzm niektórych ludzi zżera od środka i wsysa im mózgi, kiedy wypisują, że nowy wokalista to gówno, że nie umie śpiewać tak jak Rysiek i w ogóle też powinien ćpać jeśli chce być autentyczny. Ręce opadają. Ostatnio też się tak zdarzyło, odszedł Rojek z Myslovitz i też był raban. Ale jakoś taki mniejszy. Tylko gadano, że mogliby zmienić nazwę. Ale i to ucichło. Muzycznie i Dżem bez Riedla i Myslovitz bez Rojka się bronią. I Kaliber 44 też trwał i trwa bez Magika i też im wychodziło i mam nadzieję, że będzie wychodzić. To już tylko kwestia przywiązania fanów do wokalisty. Są przywiązani do nich najbardziej, zmiany muzyków w tle nie są tak spektakularne (chyba, że to poziom taki jak odejście Dejnarowicza z The Car Is On Fire )... Zmianą wokalisty można też rozpocząć nowy rozdział, stworzyć nową jakość. Albo zmienić i wokalistę i nazwę. I wtedy już wszystko jest w porządku, przynajmniej dla przeciętnego słuchacza – tak w końcu zrobili na przykład panowie z Rage Agains The Machine zamieniając Zacka De La Rochę na Chrisa Cornella. Ale nie wszyscy chcą tracić markę wypracowaną przez lata.

Ale pomyślmy o tym, że są takie zespoły w których nie ma żadnego albo prawie żadnego muzyka z oryginalnego składu. I tak jak Sepultura bez braci Cavalera broni się umiarkowanie, tak na przykład Napalm Death funkcjonuje świetnie, mimo, że skład od początku zmienił się paręnaście razy, a Ci którzy stworzyli zespół nie grają tam od 30 lat.

Kto jest więc w zespole najważniejszy? Ten który pisze piosenki? Ten który jest najbardziej zwrócony do publiczności? Śpiewa? Gra na gitarze najpiękniejsze solo? A może każdy z nich jest tym najważniejszym? Przecież każdy z nich tworzy jakąś część tego, co można nazwać tożsamością muzyczną zespołu. A co z boysbandami i girlsbandami? Czy zmiana wszystkich osób w składzie nie sprawia, że jest to coś innego? Zwykle w tych bandach osoby są na tyle niewyraziste, że przeciętny odbiorca może nie zauważyć różnicy. A wielcy fani takich zespołów albo się pogodzą albo szukają innych obiektów westchnień. Sugababes tak zrobiło że nie było tam już nikogo z oryginalnego składu i jakoś działały. Chociaż wyglądało to co najmniej dziwnie – przynajmniej dla mnie.

Uważam, że wszystko w tej sytuacji zależy. Tak jak widzę Dżem z nowym wokalistą bo nie pamiętam innej koncepcji, byłem za mały by pamiętać Riedla, Myslovitz ma teraz wokalistę lepszego, chociaż mniej charakterystycznego, ale Sepultura jest straszna. Mogliby zmienić nazwę, mieć jaja jak wcześniej wspomniane chłopaki z Rage Against The Machine. Obyło się bez procesów, ale nie wszystkim się to udaje. Spójrzmy chociażby na rozkład (bo to bardziej gnicie niż rozpadanie się) KATa czy Queensryche na dwie rywalizujące grupy.

Kochamy zespoły, potem je nienawidzimy gdy zmienią wokalistę, do tego bardzo nie lubimy czyichkolwiek coverów. Każdy fan tak ma, oglądając chociażby sprawę Kaczmarskiego na modłę Habakuka i Strachów. Ilość jadu wylewającego się w komentarzach mnie przerażało. Ale nie można się dziwić. W końcu lubimy tylko te piosenki, które znamy. Chociaż niektóre covery przecież bardziej trafiają do nowych odbiorców. Często nawet znamy lepiej cover niż oryginał. Albo cover jest lepszy od oryginału. Albo przynajmniej pozwala spojrzeć na piosenkę jakoś inaczej. A fanatyków na stos posłać, tam się sami spalą w swoim zacietrzewieniu. Ale mogą się też ugasić przez pianę toczoną z pysków – wtedy trzeba im kolejną coverową płytę dorzucić żeby padli na apopleksję.

A co z woltami stylistycznymi? Taki Korn który nagle nagrał metalowo-dubstepową płytę i wywołał skrajne reakcje i fanów i recenzentów. Ja na przykład tą płytę uwielbiam, ale Ci ortodoksyjni fani powiedzą, że i tak się skończyli. Chociaż wolta stylistyczna to nic takiego złego – patrzmy chociażby na Panterę – kicz metal a potem geniusze Groove metalu czy Ministry – czyli jak przejść od synthpopu do industrial metalu w mniej niż 5 lat. Wcześniej wspomniany Chris Cornell nagrał z Timbalandem i go zjedli. Ale miał jaja by to zrobić. A to też rzadkie by się odważyć. Mało komu się to udaje. A Chylińska? Jej płyta, która była naprawdę dobra, została odsądzona od czci i wiary bo jak to pop. A może po prostu czasem można zagrać to co się lubi. W końcu Skawińskiemu nie było wstyd grać w O.N.A. a potem reaktywować skrajnie kiczowate Kombii – na poziomie kiczowatości nawet większym niż było to w latach 80-tych – a potem jeszcze nagrać naprawdę ciekawą rock-metalową solową płytę (polecam poszukać i posłuchać). Albo Afrojax z ekipą który przeszedł długą drogę z samplowanych rapów do nagrania chyba jednej z najbardziej gorzkich płyt ostatnich lat a po drodze nagrywając jedną z według mnie najciekawszych (odpowiednio 46 minut Sodomy i Piosenki po polsku).

Przykłady można mnożyć, ale wierzę w otwartość ludzką i to, że ludzie przestaną gnębić siebie nawzajem i się dzielić na fanów stałych w uczuciach i fanów otwartych na to, co może się dziać w zespołach. Bo w końcu najczęściej jest tak, że zmieniają tą muzykę na taką nie dlatego by się „sprzedać”. Tylko dlatego że nie umieją jak Lemmy czy AC/DC nagrać dwudziesty raz tej samej płyty. Więc się otwórzmy. A może za tą całą otoczką znajdziemy coś dużo ciekawszego niż wcześniej.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...